Witaj,

Jeśli znalazłeś się na mojej stronie, drogi Internauto, to zapewne jesteś miłośnikiem literatury polskiej z początku XX wieku. Mam nadzieję, że dzięki mej małej inicjatywie choć trochę przyczynię się do ratowania dorobku naszej kultury z czasów walki o niepodległość naszego kraju.

Poniżej niewielki wycinek z książki, która zainspirowała mnie to stworzenia tej strony. Niestety autor nie jest przeze mnie znany.

„Bilkiewicz odradzał mi, twierdząc, że jest jeszcze za wcześnie, że śniegi w górach za wielkie, wskazywał na trudności dalekiej podróży pieszej, albowiem o zdobyciu koni w czasach owych nie można było marzyć. Jednak niecierpliwość nie pozwalała mi czekać. Przepiękne góry wabiły mię co rano i co wieczór w swe dalekie chłodne objęcia, obiecując niecodzienne rozkosze łowieckie, roztaczając nieprzebrane skarby swej dzikiej przyrody. Przygotowałem wszystko niezbędne, jak ryż, sól, cukier, kociołek, busolę i nóż z pifką, zarzuciłem na plecy karabin i wyruszyłem w daleką drogę 10-go marca na dwie godziny przed świtem.

Topografję gór znałem w grubszych zarysach z uprzednich mych wycieczek — z przed półtora roku, nie bałem się więc zabłądzić, wiedziałem jednak, że czeka mię trud nie lada, 32 kilometry drogi podgórskiej, a potem chodzenie po górskim terenie w poszukiwaniu argali lub koziorożców. Szedłem więc równym krokiem, obliczonym na daleki dystans. Byłem koło Bagiru, gdy ciemne dotąd niebo pojaśniało na wschodzie i zapaliła się na niem lekka błękitnooka jutrzenka, a wstępowałem już na pierwsze przedgórza, porosłe kwiecistym łąkowym dywanem, gdy nad daleki widnokrąg pustyni wypłynęła złocista tarcza słońca i zalała życiodajnym blaskiem całą okolicę.

wycinekTrafiłem na wąską ścieżkę, wiodącą w kierunku przeze mnie pożądanym, i szedłem, wspinając się wyżej i wyżej. Trawa wokoło była coraz bujniejsza i coraz obfitsza w przeróżne kwiaty. Gdzieniegdzie przecinałem całe pola prześlicznych niebieskich krokusów, to znowu bujne kępy przepięknych oranżowych tulipanów, tu i ówdzie, jak smukła świeca, wznosiła okrągłą główkę wysoka na 2 metry dzika cebula. Minąwszy kilka parowów, zacząłem wchodzić mozolnym krokiem na odnogę głównego masywu górskiego, uwieńczonego potwornym zębem skalnym na najwyższym szczycie — Duszaku. Pochyłość nie była spadzista, ale, porosła zeszłoroczną zwiędłą trawą, utrudniała wchodzenie, gdyż nogi wciąż się ślizgały. Trafiały się tu już pojedyńczo i małemi grupkami drzewiaste jałowce, zwane „arczą”.

Wreszcie wstąpiłem na śniegi. Z początku były to niewielkie płaty, zlodowaciałe z wierzchu, a odtajałe po brzegach i sączące w dół drobne strumyczki przejrzystej wody. Wyżej zaczęła się jednolita warstwa śnieżna, gdzieniegdzie twarda, gdzieindziej znów rozmiękła tak, że grzęznąć zaczynałem po kolana. Pot spływał z uznojonego czoła, niemiłosierne słońce wzbijało się coraz wyżej, prażąc żywym ogniem. Zdjąłem kurtkę i szedłem w samej koszuli, co przyniosło mi natychmiastową ulgę, gdyż lekki wietrzyk chłodził mię i suszył. O południu, po przebyciu około dwudziestu skalistych wąwozów, rozszerzających się znacznie ku dołowi, z huczącemi na dnie wiosennemi strumieniami, dotarłem do miejsca, skąd ząb Duszaku był wprost na północ, i zatrzymałem się na dłuższy popas. Z suchych gałązek arczy rozpaliłem mały ogieniek i posilałem się zimnym gotowanym ryżem.

Lwią część drogi przebyłem, czekała mię jeszcze ciężka przeprawa przez liczne wąwozy, przecinające grzbiet Duszaku, chciałem się bowiem przedostać jeszcze dalej na zachód, gdyż tam stoki góry obfitowały w zwierzynę, jak to mogłem skonstatować w czasie mych uprzednich wycieczek. Po trzygodzinnym odpoczynku wyruszyłem w dalszą drogę. Opuszczałem się teraz ku dołowi  po ledwo znacznym spadzie, ale o trzy kilometry dalej spadek zwiększył się znacznie i niebawem doszedłem znów do dolnej granicy śniegów. Teraz dopiero wstąpiłem na właściwy teren łowiecki, zatrzymałem się więc znowu i zacząłem pilnie badać wzrokiem okolicę. W dole pod sobą widziałem szaro-zielonkawą powierzchnię zboczy, porośniętych zeszłoroczną trawą i upstrzonych ciemnemi plamami drzew jałowcowych. Szare złomy skalne znaczyły lin je wąwozów, ulubionych siedlisk koziorożców, mnie jednak więcej pociągały barany — argali, piękna zdobycz, pożądana zarówno dla wielkich kolistych rogów, stanowiących ładne trofeum, jak i dla bardzo smacznego mięsa. Barany zaś trzymają się na otwartej przestrzeni trawiastej, a przypuszczałem nawet, że teraz na wiosnę można je spotkać raczej jeszcze niżej, w pasie świeżych traw.

wycinki 2Szedłem więc w dalszym ciągu ku dołowi. Wieczór nadchodził, słońce chyliło się ku zachodowi, cały długi dzień zeszedł mi na dotarciu do miejsca łowów. Zbliżała się chwila, gdy życiodajne słońce schowa się za góry, piętrzące się na zachodzie, trzeba więc było pomyśleć o wybraniu miejsca na nocleg. Na stoku jednego z wąwozów znalazłem małą platformę, a tuż nad nią potężny pień arczy z sucha gruba odnogą. Zabrałem się więc do dzieła. Nałamałem gałęzi, potem z wielkim wysiłkiem nadpiłowałem suchy pniak, a wkładając drąg pomiędzy obie odnogi i posiłkując się nim, jak dźwignią, odłamałem suchą część.

Byłem więc zaopatrzony w paliwo. Zrzuciłem z góry na platformę cały zapas zdobytego opału i zeszedłem sam po stromiźnie skalnej. Rozpiłowanie drzewa na kloce zajęło mi jeszcze godzinę czasu, ale za to mogłem przyrządzić prawdziwą syberyjską nodję, zapewniającą ciepło ognia przez cała noc.

Zmierzch zapadł szybko i uczyniła się cicha, gwiezdna noc. Gdzieś w dole wąwozu zaczęły jęczeć i płakać szakale. Ciepło, użyczone skałom przez słońce, ulatniało się prędko, a z góry od śniegów powiał chłód surowy.

Oparty plecami o skałę wąwozu, siedziałem przed ogniem, z oczyma utkwionemi w jasne płomienie, strzelające ku górze i obejmujące chciwie zgrabne sylwetki koziorożców, z rozkoszą wdychałem aromaty ziół górskich, płynące na lekkich skrzydłach wietrzyku. Odeszły precz wszelkie troski, poczułem się lekki i wolny, jak ptak. Nie chciałem próbować strzału, gdyż nawet gdybym trafił, nie byłbym w stanie dotrzeć do zabitej zwierzyny. Wysoko nade mną, błyszcząc bielę skrzydeł na tle błękitu nieba, przeleciała para dropi, kierując się z pustyni Karakumskiej ku Persji. Długo śledziłem okiem ich oddalające się sylwetki, zazdroszcząc niebosiężnego lotu i nieokiełznanej swobody.

Leżałem długo. Nie chciało mi się ruszyć, zmęczenie dnia wczorajszego dawało się wciąż we znaki, prześliczne miejsce zachęcało do dłuższego wypoczynku. Słońce zbiegło już z południa, gdy podnosząc nieco głowę, ujrzałem nade mną, poza przebytym uprzednio wąwozem kilka punktów, poruszających się na tle nieba. Poczekałem, aż znikły za łagodną wyniosłością, i puściłem się w ich stronę. Znowu przeszedłem skalisty wąwóz i, zwracając się nieco w lewo, posuwałem się tak, aby przeciąć linję przypuszczalnej drogi zwierzyny.

Szedłem wolno, wypatrując dokładnie, zatrzymując się od czasu do czasu dla lepszego zbadania terenu, gdyż w górach, tak jak i w lesie, ruch zwierzyny najłatwiej ją zdradza.”